Przylot i pierwsze dni.
Link 05.08.2009 :: 21:52 Komentuj (17)
Godzina 21.55- Okęcie,patrzę na tablice przylotów, widzę numer wyczekiwanego lotu. Pospiesznie rozglądam się po lotnisku. Serce bije mi coraz szybciej. Nagle w tłumie turystów dostrzegam blond czupryne i czerwony sweter z napisem „USC- Film School”. Wołam „Spencer! Welcome to Poland "
W zamian dostaje czuły pocałunek. Przebiega mi przez głowę myśl : „Dla takich chwil warto zyc”
Zwiedzanie Polski zaczeliśmy od stolicy. Następnego dnia pojechaliśmy do Łazienek Królewskich. Mówił, że nasze Łazienki prawie jak Central Park w Nowym Yorku. (tylko u nas mniej bezdomnych) Uroczy zakątek w centrum miasta, gdzie można zrelaksować się przy filiżance kawy. Spencer co chwile robił zdjęcia, więc pierwszy raz od wielu miesięcy nie czułam się jak turystka. (tak mnie żartobliwie nazywali znajomii w Kalifornii, ponieważ nie wychodziłam z domu bez aparatu).
Następnego dnia, pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Chciałam, aby poznał historie Polski z innej perspektywy. Bardzo mu się podobało. Był pod wrażeniem waleczności Polaków. Zdjęcia, eksponaty, wywiady pomogły mu w wyobrażeniu sobie przebiegu Powstania. Po kilku godzinach zwiedzania,wstąpiliśmy do kameralnej kawiarnii stylizowanej na lata przedwojenne, Oczywiście nie mogłam się oprzeć i zamówiłam pyszną W-Z’etke.
Kilka przystanków tramwajem i już byliśmy na Nowym Świecie. (Kocham Warszawski transport miejski!!! ) I tak spacerem doszlismy na Plac Zamkowy. (ostatnim raz byłam tam rok temu. ) Również tak samo jak ja, Spencer podziela miłość do Starówki. Każda kamienica,wąska uliczka: ma w sobie dusze i niesamowity klimat.
Haha niestety pączki na Chmielnej nie smakowały mu. "How you can eat doughnut with jam???"
Już na samym początku Spencer miał wiele wrażeń, spróbował wielu dań, poznał wielu moich przyjaciół. Następnego dnia pakowanie i wyjazd do miasta gdzie oscypki są sprzedawane na każdym kroku. A widok Gór z kolejki zapiera dech w piersiach....
Łazienki Królewskie






cudny paw.


Muzeum Powstania Warszawskiego.

W "przedwojennej" kawiarnii.


Musiałam mu zrobić zdjęcie na przystanku.

Przed UW.

Piękna Warszawa.


Spacer po Krakowskim Przedmieściu.

Plac Zamkowy.

Jedna z moich ulubionych uliczek.

Zakopane
Link 07.08.2009 :: 00:05 Komentuj (20)
Zakopane zawsze były miejscem moich kolonijnych wypadów. Pamiętam te noce w chatach góralskich, kuligi, pieczenie kiełbasek z dzieciakami, rzucanie się śnieżkami.
Miałam, 12 kiedy ostatnim razem chodziłam po krupówkach, zawsze wydawały mi się takie wielkie.. Hah, pamiętam jak nonstop spóźniałam się na zbiórki, bo za długo bawiłam się z bernardynami. W tym roku miałam okazje, po raz pierwszy odwiedzić to magiczne miejsce latem, razem z rodzicami i Spencerem. Mój chłopak kocha góry, więc będąc jeszcze w Kalifornii wiedziałam, że musze mu je pokazać.
Na drugi dzień pojechaliśmy na wycieczkę. Zobaczyliśmy Zamek w Nidzicy, w którym kręcone były filmy takie jak „Wakacje z Duchami” czy „Janosik.”. I w końcu najważniejsza cześć programu- Spływ Dunajcem. Mogliśmy podziwiać piękne krajobrazy Pienińskiego Parku Narodowego.. A sympatyczni górale umilali nam czas na tratwach. Każdy przez 1,5 godz. wypatrywał czarnego bociana, aż tu nagle Spencer mówi do mnie „Look at this big, black bird ” Nawet górale powiedzieli, że mieliśmy szczęście. Jeżeli, ktoś odwiedza Zakopane polecam spływ. Naprawdę warto!
Kolejnego dnia pojechaliśmy na kolejkę liniową na Kasprowy Wierch. Widoki zapierały dech w piersiach. Zawsze patrzę na góry z ogromnym podziwem. Udało nam się również dostrzec kilka kozic. Spencer był zachwycony pięknem naszej przyrody i otwartością ludzi.






Na Kasprowym.







Wstawiam to zdjęcie, dlatego że mam ogromne poczucie humoru... Górale jak widać czasami lubią wypić coś mocniejszego. Miało wyjść ładne, tradycyjne zdjęcie.. A tutaj zaskocznie. Radze się przyjrzeć minie Spencera... Jedym słowem bardzo zabawny wieczór.




Góralu, czy ci nie żal
Odchodzić od stron ojczystych,
Świerkowych lasów i hal
I tych potoków srebrzystych?
Góralu, czy ci nie żal,
Góralu, wracaj do hal!





Spływ Dunajcem.

Nawet turystka niemiecka (w opasce) załapała sie na zdjecie!



Zamek w Niedzicy

Musiałam....





Góralska restauracja.


Oscypki

Krupówki


widok na Giewont.


Kraków
Link 08.08.2009 :: 12:22 Komentuj (27)

Z łezką w oku pożegnaliśmy się z polskimi górami i ruszyliśmy w stronę Krakowa. Po drodzę odwiedziliśmy Wieliczkę. Spencer był pierwszy raz w kopalni soli. Wiele razy musiał uważać na głowę, ponieważ był niski strop. Największe na mnie wrażenie zrobiły żyrandole, z kryształków soli- coś pięknego. Po kilku godzinach zwiedzania wydostaliśmy się z ciemnej kopalni i udaliśmy do miasta Smoka Wawelskiego.
Kraków z pewnością jest moimi drugim (zaraz po Warszawie) ulubionym miastem. Piękne kamienice, Wawel, Sukiennice, bajgle z makiem, gołębie - tworzą niesamowity klimat. Jak tylko zajechaliśmy udalismy się na krótki rejs statkiem. Opowiedziałam Spencerowi historie miasta i znaną legende. Kiedy tak spacerowaliśmy, zauważyłam,że dorobek naszej kultury- zrobił na nim wrażenie. To nie była jego pierwsza wizyta w Europie ale powiedzmy sobie szczerze w Stanach nie spotykasz na każdym kroku kościółka, który ma przynajmniej 400 lat. Właśnie dlatego Polska już od pierwszych dni wydała mu się bardzo tajemnicza i poprostu piękna. Jak już wcześniej wspomniałam uwielbiam kamienice. Mają w sobie taką magie. Kiedyś należały do rodzin szlacheckich i zamożnych kupców.Uwielbiam sztukę, szczególnie malarstwo. Dlatego zwróciłam uwagę na ich piękną architekturę. Nadal tętnią życiem, przyjmując turystów, chociaż w niektórych zakamarkach można poczuć powiew średniowiecza.
Dzień w Krakowie zakończyliśmy pyszną ucztą w restauracji "Chłopskie Jadło". Spencer zamówił żeberka. Bardzo mu smakowały. Niestety nie przekonał się do barszczu,żurku(jak to nazwał zupa z posmakiem musztardowym haha ) i kapuśniaku. Po krótkiej namowie spróbował zupy grzybowej (nie powiedziałam mu co to jest, bo nie lubi grzybów) i ku mojemu zaskoczeniu bardzo mu smakowała. Kiedy dowiedział się co zjadł, sam był zdziwiony, że grzyby mogą tak dobrze smakować.. Niestety nie miał okazji zjesć flaków o których tyle razy nasłuchał się w Californii (teraz nie dziwie się czemu mógł mieć obawy co do naszej kuchni haha) Na koniec dnia usłyszałam " polish food is so good"
W drodzę do Warszawy, wstąpiliśmy do Wadowic- rodzinnego miasta Jana Pawła II. Zwiedziliśmy dom Ojca Świętego i Bazylikę.Oczywiście zjedliśmy również pyszną kremówkę. Naszą wycieczkę po Polsce zakończyliśmy refleksyjną wizytą w Oświęcimiu. Spencera pasją jest kręcenie filmów, dlatego też dostał się do najlepszej szkoły filmowej na świecie. Wiedziałam że wizyta w tym morderczym obozie, może go zainspirować. Dostał od nas w prezencie książke o Witoldzie Pileckim ( organizatorze ruchu oporu w Auschwitz)- kto wie, może kiedys nakręci o nim film? Jedno jest pewne, każdy z nas mógł na własne oczy przekonać się do czego może doprowadzić ludzka nienawiść. Po pewnym czasie powiedział mi "Wiesz co, Marta najbardziej dobija mnie fakt, że zabito tysiące młodych ludzi, którzy mogli zostać nowym pokoleniem wspaniałych poetów, naukowców- nie mieli takiej szansy jaką my mamy dzisiaj. "
Po kilku godzinach zwiedzania, znowu ruszyliśmy w drogę aby na drugi dzień o 7.30 wsiaść do pociągu i odwiedzić Polskie Morze.
Oświęcim.

Dzieci i młodzież z Izraela .Wizyta w Auschwitz jest w ich programie szkolnym


za tą bramą, kończyło się życie.

Wadowice

Żeberka- ulubione danie Spencera. W Ameryce jadł je tylko z sosem BBQ, w Krakowie miał okazje spróbować z sosem śliwkowym.




Sukiennice



Wawel

W bluzie Spencera- zdjecie specjalnie dla mojego przyjaciela Lynden'a "Whats up dude"


na stateczku


coś na ząb

Przy smoku


Wieliczka




Hel&Gdańsk
Link 11.08.2009 :: 16:57 Komentuj (6)
O 7.30 mieliśmy pociąg z Warszawy, juz o 15 byliśmy w Chałupach. Bardzo zależało mi aby Spencer zobaczył nasze polskie morze. Jego pierwsze zdanie na plaży brzmaiło "it is so cold here!" i ja na to "Hahah darling... Im sorry.. is not a Laguna Beach .." Jednak był zachwycony naszą przyrodą, mówił że mamy fajny głęboki piasek. Uwielbia polskich ludzi: "polish people are so fuuny, dude" Zobaczyliśmy też Władysławowo. Kilka cudownych dni - było wspaniale.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o Gdańsk. Akurat odbywał się Jarmark Dominikański, duża dawka kultury,wiele rękodzieł. Kocham Spencera za jego cierpliwość. Niestety jedną z moich wad jest niezdecydowanie, potrafie wybierać jedną parę kolczyków pół godziny.. Pospacerowaliśmy po Gdańsku, zobaczyliśmy główne turystyczne obiekty a później w droge pociągiem znowu do Warszawy. Mieliśmy kilka zabawnych przygód po drodze... ;)

jego wersja gofrów z bananami- szczerze? nigdy tego wcześniej nie widziałam.

HEL



solar

impreza w beach barze

Spencer: "Nie no.. aby McDonald tak wyglądał.. haha, jestem pod wrażeniem." Chodzi o to że w Stanach jest SETKI fast-foodów i taki McDonald przynajmniej w Californii jest uznawany za mega przeciętny fast-food, praktycznie nikt do niego nie chodzi, ba! nawet nie ma co ich hamburgerów porównywać do In'N'Outs Burgers. U nas w Polsce.. cóż. Mc jest popularny, dlatego ma dość "wypasiony" wystrój.
Mmm.

Gdańsk- Jarmark Dominikański




Pod Neptunem.

Ja: "Spencer.. Uważaj na ten plecak! Wiesz ilu tu jest kieszonkowców, szczególnie lubią kraść, jak usłyszą, angielski.... " Spencer: "Ahahah.. twoja koszulka wcale nie zdradza że jesteśmy turystami..."



kocham.


Link 13.08.2009 :: 00:37 Komentuj (15)

Ostatnie dni Spencera w Warszawie..
Wybraliśmy się na wycieczke rowerową, sama odkryłam po raz pierwszy kilka uroczych miejsc w mojej okolicy! Widok Warszawy z drugiego końca Wisły był wspaniały. To był jeden z najcudowniejszych dni z moim chłopakiem. Nigdy nie zapomne tych chwil- magicznych chwil, które na długo,na dłuugo zostaną mi w pamięci.

w moim ogrodzie..

kocham.



rowery!!!






Wilanów- ostatni dzień.
Link 13.08.2009 :: 14:22 Komentuj (39)

Ostatniego dnia wybraliśmy się do Wilanowa, aby zwiedzić pałac,park,ogrody. Spacer wzdłuż zielonych,kwiecistych uliczek, był czystą przyjemnością. Spencer mógł poznać moją przyjaciółke Kaje- na czym bardzo mi zależało. Mieliśmy szczęście, że nie padało.
Spencer spędził w Polsce 2 tyg. Zwiedziliśmy i góry i stolice i morze.. Jest zachwycony naszym krajem. Otwartością polaków, bogactwem naszej kultury i oczywiście jedzeniem. Jak byłam jeszcze w Stanach nie mogłam uwierzyć, że przyjedzie. Wydawało mi się to takie nie realne, uwierzyłam jak zobaczyłam bilet. Jedno jest pewne przyjeżdża razem ze swoimi kumplami na Euro 2012. Ponieważ on Lynden,Bryan,Riley są zapalonymi fanami piłki nożnej.
Niestety nadszedł dzień, którego obawiałam się już będąc w Californii a mianowicie pożegnanie na lotnisku. Było mi i jemu bardzo ciężko. Wiadomo, że to nie jest łatwe powiedzieć "bye" z perspektywą, że zobaczymy się dopiero za 10 miesięcy... A Spencer jest osobą, która bardzo wpłyneła na moje życie Teraz, każde z nas zaczyna nowy etap.Ja ide do polskiej szkoły(od której miałam roczną przerwe) i on idzie do collegu. Oboje będziemy zajęci i mam nadzieje, że ten czas szybko minie do następnych wakacji i że szybko się zobaczymy...
Postaram się aby blog nadal isniał, co jakiś czas napisze jakąś notke. Dziękuje wszystkim wiernym czytelniką za śledzenie bloga. Po lewej stronie jest "Wyślij wiadomość"- możesz coś do mnie napisać, podając maila. w wolnej chwili postaram się odpisać.
Pozdrawiam
Marta.
Wilanów.

ja,siostra,mama,Spencer



high school musical jump!
















moi ulubieni ludzie! Kaja&Spencer







Cofnijmy się o rok do tyłu.... Pierwsze kroki!
Link 17.08.2009 :: 23:09 Komentuj (12)
Wyjeżdżając na rok do obcego kraju, ma się wiele oczekiwań. W głowie krąży mnóstwo nerwowych myśli "a co będzie jak wyląduje?" "kiedy się zaklimatyzuję?" "jaka będzie moja rodzina,pokój?.", które są przetarte uczuciem ekscytacji,radości podniecenia. A może cofne się trochę do tyłu, jak się wszytko zaczeło... A od pomysłu mojego taty, o tym, że kiedyś wyjazde do Ameryki słyszałam już od podstawówki. Bardzo mu zależało abym sama sobie wyrobiła opinie o Stanach i nauczyła języka. Chociaż sam dobrze wiedział, że się zakocham w tym kraju już od pierwszych dni.. Rok temu (a za chwile miną 2 lata) na jesieni, miałam już dosyć polskiej szkoły. Tej okropnej rutyny,złośliwych ludzi,stresu,narzekania. Pomyślałam "Czemu by nie wyjechać teraz? Najszybciej ja się da, zniknąć od tak poprostu, zacząć nowe ekscytujące życie" Nie myślałam wtedy o tym, że mogę tęsknić, nawet nie obawiałam się tego, że na początku będzie mi ciężko z językiem. Miałam klapki na oczach "Chce do Stanów" Usłyszałam również "Ze Stanami jest tak.. albo je pokochasz albo znienawidzisz" Jeszcze nie wiedziałam, którą z tych osób będę. Ale czułam, że to jest kraj dla mnie.. I tak wpisałam w internecie "wyjazd do szkoły średniej w USA" wyskoczyło mi biuro "Furnel Travel" Oo patrze blisko, przy Nowym Świecie mają siedzibe. A póżniej wszytko poszło bardzo szybko. Napisałam test z gramatyki (mój poziom angielskiego nie był baaardzo wysoki, dość średni, no lepszy troche niż uczyli w moim liceum: intermediate może, haha nie nie byłam po żadnym FCE) Jakoś zaliczyłam napisałam "ok". I poźniej szybka decyzja "jade!" Odrazu zabrałam się za stos papierów. Cała teczka. Zaczynając od opinii nauczycieli, po szczepionki i moje ulubione danie. Jest dość dużo wymagań, nie można mieć więcej niż 18 lat. (tzn "Rotary" chyba robi wyjątki) więc ja załapałam się na ostatni dzwonek, trzeba mieć dobre oceny (osoby które kiedyś nie zdały, nie były brane pod uwagę), być w stanie sfinansować ten wyjazd. (koszt samolotu+pieniądze dla organizacji+kieszonkowe ), trzeba być zdrowym i dojrzałym emocjolanie. Chodzi o to aby nie było telefonów po tygodniu "Mamo.. nie podoba mi się kolor ścian w pokoju, jedzenie nie dobre,nikt mnie nie lubi chce wracać!!!"
Napisze kilka rad dla osób, które są na etapie wypełniania takiej teczki do rodziny goszczącej:
1) uśmiechnięte zdjęcie (amerykanie nie chcą żyć przez rok z wiecznym smutasem, uwierzcie mi ale to działa. Mnie wybrała sama kobieta która pracuje w tej organizacji i na osoby które nie uśmiechały się w ogóle nie zwracała uwagi)
2) Pisz prawdę o sobie! Ale z głową... (Chodzi o to aby nie wypisać o sobie głupot,ja napisałam że lubie gotować- no wiecie o co chodzi.. raz upieke na jakiś czas ciasteczka kruche haha.. a rodzina amerykańska oczekiwała że pomoge im w pieczeniu indyka na Święto Dziękczyniena. Albo inny przykład: moja koleżanka Niemka napisała że lubi grać na organach w kościele- hm.. trafiła do starszej samotnej pani, która nie miała ochoty na jakieś "wypady na miasto")
3) Nastaw się, że nie trafisz do dużego miasta. (Hahah to oczywiste, że każdy by chciał mieszkać w apartamencie w NYC, każdy trafia do małego spokojnego miasteczka, tylko nie licznym się udaje. ja tak samo.. miałam do Los Angeles 1,5 godziny i mieszkałam w Romoland a to wcale nie jakaś wielka metropolia- czyt. jedna stacja benzynowa i poczta! ale i tak było super )
4) Rozpisz się o jakimś swoim zainteresowaniu. Obojętnie czy to będzie jazda konna, czy gra na skrzypcach- to baaaaardzo pomaga w znalezieniu fajniejszej rodziny, która ma poodobne hobby do twojego. A uwierzcie mi to jest ważne! Kocham sport, a trafiłam do rodziny dla której yhm.. mógł by sport nie istnieć, poprostu nie przywiązywali do niego takiego dużego znaczenia. I właśnei od tego zaczynały się nasze kłotnie: A to, ktoś nie ma mnie jak zawieźć na zawody, a to trzeba ze mna pojechać i kupić strój itp. Na co Ci te nerwy i uczucie dyskomfortu..?
5) Pisz o sobie! Uwierz mi ale rodzinę nie będzie obchodzić fakt, ze twój kuzyn studiuje "technologie żywienia." a siostra zbiera znaczki.
Ok.. Wróce do swojej historii.. Wiec jak pisałam list do rodziny to w prawie każdym zdaniu próbowałam wcisnać a to,że kocham słońce,że chce się nauczyć surfować,chce zobaczyć "Golden Gate Bridge". W końcu moja mam mi powiedziała abym przestała się nastawiać, że trafie na Floryde, do Californii albo na Hawaje. Bo skończy się tak, ze wyląduje w środkowym stanie i będe bardzo rozczarowana. Jednak ja i tak nie przestawałam marzyć, że jednego dnia przejde się aleją gwiazd w Hollywood.
Pewnego dnia rodzice zawołali mnie, że przyszedł mail z informacją, gdzie będe mieszkać. Moja mama do mnie "No Marta.. Texas"- nie miałam pojęcia, że się tylko ze mną droczyła. I coś we mnie zgasło. Ale automatycznie nastawiłam się pozytywnie "'Ok.. I tak jedziesz do Stanów, będzie fajnie.. troche gorąco w tym Texasie.. ale będe miała fajny akcent" I tak czytałam tego maila.. uważnie wpisałam w googlach miasteczko "Sun City" Patrze.. Cos mi nie gra, godzina jazdy samochodem do Los Angeles?! Hhaha.. co?? Udało mi się?? Jadę do Złotego Stanu? Rozpierała mnie taka energia,ż enie mogłam zasnąć..
I wtedy uwierzyłam w moc słów "nigdy nie rezygnuj ze swoich marzeń."
c.d.n.
dzień po dniu
Link 20.08.2009 :: 00:05 Komentuj (23)
Wielu moich znajomych powiedziało mi,że nigdy by nie zdecydowało się na taki wyjazd z dwóch powodów: tęsknota i trudności językowe. Jedno jest pewne wyjeżdżając do USA trzeba się nastawić,że przyjda cięzkie dni, że poczatki są trudne. I obawy o których wspomniałam wyżej męczyły mnie nawet w trakcie programu. Nie było łatwo. Płakałam nad ksiązką od historii USA, nie rozumiałam wszystkiego. Ale.. nie przesadzajmy, nie było tak źle. Hha, pamiętam jak nie znałam jakiegoś słowa po angielsku i musiałam na około tłumaczyc o co mi chodzi, używając gestykulacji. Wszyscy mi pomagali więc dałam rade. I tak dzien po dniu było coraz lepiej z tym moim angielskim widziałam efekty! Po paru miesiącach rozumiałam wszytko co gadała na lekcji nauczycielka.. Wiadomo do tej pory nie znam go perfekcyjnie i nadal się go ucze. Jedno musze przyznać mówie płynnie bez zastanowienia nad gramatyka itp. Nie brakuje mi juz słów! A to duży postęp. Nie nastawiaj się,że poprawisz sie w gramatyce (ale moge się mylić oczywiście, wszystko zalezy od Stanu,szkoły i twoich zdolności) ale na takim programie główny nacisk kładzie się na konwersacje. Teraz mówie szybciej i poprostu duuuuuuuuuużo lepiej! Każdy zaprzyjaźniony ze mną amerykanin powiedział mi, że widzi ogromną różnice. Hahah.. a jak wspomniałam.. na początku ludzie nie mogli mnie zrozumieć i tylko z grzeczności przytakiwali... A no i pochwale się, amerykańska mam powiedziała mi że przyszyły wyniki z "California State Exam" (egzamin który musi kazdy napisać ang,biologia,matma,historia taki ogólny dla amerykanów sprawdzają wiedze, język) i podobno posżły mi bardzo dobrze, byłam prawie tak dobra jak Sammy- moja amerykańska siostra. ;)
Tęsknota.- Pojawi się prędzej czy później. Czy to za rodziną, za przyjaciółką,psem czy polskim jedzeniem. Oglądając moje zdjęcia-"wiecznie uśmiechniętej". Nie wyobrażasz sobie pewnie że były chwile że płakałam w poduszke. Były momenty, że zadawałąm sobie pytanie "czemu ta rodzina, tak bardzo różni się od mojej? czemu nie potrafia mnie zrozumieć? " To było okropne. Wieczne kłótnie, nieporozumienia. Było mi ciężko w szkole, siedziałam nad lekcjami do późna (bo wcześniej musiałam posprzątać kuchnie, nikogo nie obchodziło, że byłam zmęczona po całym dniu szkoły i treningu, chciałam "housework" odrobić później w weekend a skupić się na nauce). Niestety- brak zrozumienia. Dochodził fakt, ze drażniło mnie to, że nie odnalazłam się jeszcze w szkole. Tak.. oczywiście,że znałam pojedyńcze osoby ale wiele razy kończyło się tylko na "Hi, How you doing dude" Wtedy myślałam "Gdzie są moi wspaniali polscy znajomii, jak ja za nimi tęsknie! jak mam ochote się wygadać Ance, Kaji o tym i o tamtym.. iść na rower z chłopakami.. na impreze z ludźmi z liceum..." Denerwowało mnie to, ciągle zadawałam sobie pytanie "kiedy, kiedy wreszcie znajde tą paczke amerykańskich przyjaciół?" Nawet przez myśl mi nie przeszło, że po kilku miesiącach praktycznie wszyscy będą wiedzieć kim jest ta dziewczyna z Polski. Fakt, starałam się bardzo o pielęgnowanie każdej znajomości. I to zaprocentowało. Nie wszyscy amerykanie są otwarci. Wręcz przeciwnie to mit- że każdy zawsze wita Cie z uśmiechem i otwartymi ramionami. Wielu z nich jest nie ufnych. To TY musisz się starać,zagadywać. Zapamiętywać imiona. Małe rzeczy a tak pomagają! Odrazu należy zapisać się do jakiejś drużyny sportowej, chóru, kółka teatralnego... Jadąc na rok, trzeba walczyc z nieśmiałością i wyjść do ludzi. Inaczej ten czas jest stracony. To właśnie ludzie przyczynili się do tego,że to był najlepszy rok mojego życia. Jutro opisze tych najważniejszych ;)
Host Family!!!
Link 25.08.2009 :: 19:04 Komentuj (21)

ostatni wieczór z rodziną w Californii.
Po koleji w każdej z notek, będę opisywać grupę ludzi, która wpłynęła na to, ze rok w Stanach był taki udany. A nawet niektóre z tych osób przewróciły moje życie do góry nogami. Zaczne od amerykańskiej rodziny…
„Host Family”- rodzina goszcząca, wolontariusze nie dostają pieniędzy za to, że możesz u nich mieszkać. Jedynie, co to jakieś ulgi podatkowe. Więc trzeba to docenić. Jak już wspomniałam miałam dwie rodziny. Pierwsza.. no cóż.. doprowadzili mnie do płaczu wiele razy a ja ich prawie do nerwicy.. haha. Ale..nie mogę tak całkowicie narzekać.. Ponieważ różnież dzięki nim ten rok był cudowny, pomimo wieeeeelu kłótni, załamań, zwątpień, myśli powrotu do Polski… Czemu? A to dlatego, ze moja pierwsza „host mum” pracuje w organizacji „Cetusa” (amerykańska organizacja, która współpracuje z polskim Furnel Travel) I wybrała własnie mnie.. z tysiąca uczniów na całym świecie. To właśnie dzięki niej znalazłam się w Californii… Po drugie, jak zaczeły się psuć relacje między nami mamuśka nie pozwoliła mi iść na koncert Timmberleka.. Oo.. jaka ja byłam zła jak to od niej usłyszałam.. a teraz? Uściskałabym ją za to.. To była chyba najlepsza decyzja. Ponieważ nie idąc na koncert poznałam mojego ukochanego Spencera. Na szkolnym balu… Więc jak widać śmiesznie. Po drugie.. będąc z nimi 2 miesiące mieszkałam z moją przyjaciółką Jadhe z Brazylii. Więc nawiązałam super znajomość z drugiego krańca świata! Hah.. i ostatnia rzecz, nauczyłam się w pewnym stopniu kontrolować swoje emocje i uparty charakter, nigdy nie miałam takiej sytuacji, że musiałam się totalnie podporządkować ludzią, których po prostu nie lubiłam ba! Mieszkać z nimi pod jednym dachem. Więc wiele razy.. musiałam tylko ugryźć się w język aby nie powitać rodziców na lotnisku już na zimę… Więc, dla wszystkich, którzy teraz są w Stanach.. Mała rada: Zawsze jest szansa, aby zmienić rodzinę! I.. najlepiej zamieszkać z kimś ze szkoły. U mnie sprawdziło się to rewelacyjnie.. Dla amerykańskiego taty Joe, nie był to problem zawozić nas na zawody na 5.30 rano w sobotę. A nawet nas motywował i z nami trenował. Rodzina „Schupp”- nie mogłam lepiej trafić! Już od pierwszego dnia zostałam bardzo ciepło przywitana! Miałam swój własny pokój! Własną szafe i biurko! Pamiętam każdy dzień spędzony z nimi. Zawsze był „fun” albo jak graliśmy w wii cały dzień czy jechaliśmy na plaże do San Diego! Pokazali mi tak dużo! I Los Angeles i San Francisco! Disneyland! Nie było między nami bariery. Dogadywałam się z rodzeństwem świetnie. (w pierwszej rodzinie tragedia… zazdrość o to, że jestem faworyzowana przez ich rodziców. ) Jadąc do obcego kraju, potrzebujesz kogoś kto Ci pomoże, pocieszy przytuli- taka właśnie była dla mnie Colleen – śmiało mogę powiedzieć że to moja druga mama. Potrzebowałam czegoś z supermarketu? Nie miałam obaw ją o to zapytać. Robi najlepsze cheeseburgery na świecie! Wiele razy słyszałam „you are so weird…haha”- w pozytywnym znaczeniu oczywiście.. Tata Joe- zawsze będę jego „crazy polish girl” potrafił być bardzo „twardy”- opiekuńczy. Hahha ile razy musiałam pytać o pozwolenie aby pójść ze Spencerem do kina. Martwił się o mnie. Ale zawsze szanowałam jego decyzje, ponieważ zawsze biło od niego takie ojcowskie ciepło. To właśnie dzięki niemu zobaczyłam bogactwo Kalifornii, idealnie się sprawdził z roli zastępczego ojca. Nauczył mnie łowić ryby!! Siostra Sammy, od niej się wszystko zaczęło…To ona zainteresowała się moim losem na jednym z treningów i jednego wieczoru zapytała Joe „Hey, pamiętasz Marte? Ta dziewczyne z Polski, tak to ta co ostatnio ją poznałeś na zawodach, szuka rodziny aby z nią zamieszkać”- powiedziała to zupełnie lightowo, bez większych oczekiwań, i nagle usłyszała „Niech zamieszka z nami.” Dzięki Sammy poznałam jeszcze więcej ludzi i bardziej zgrałam się z drużyną cross-coutry. Zawsze wspólne zawody, wygrane, przegrane, treningi.. Kocham ją bardzo. Nigdy nie zapomne naszej akcji jak poszłyśmy na kręgle.. i kobieta chciała nas oszukać na pieniądze i chciała dzwonić po policje. Hahah ile my miałyśmy później śmiechu że mało co nie wylądowałyśmy w radiowozie. O oczywiście wszystko się wyjaśniło i wyszło na nasze ;)) Lauren- najstarsza siostra, nie widywałyśmy się dość często, bo tylko kiedy były jakieś przerwy. Lauren chodzi do college. Musze przyznać, że bardzo zaimponowała mi jej postawa, że zachowała się tak fajnie wobec mnie, zaakceptowała to, że mieszkałam w jej pokoju.. Na koniec wyjazdu wydziergała dla mnie na drutach piękną czapkę w barwach „red,white and blue”. Emily- ohh.. moja słodka Emily. Zawsze miałyśmy tyle śmiechu, boże te wariacje w kuchni.. Wygłupy w basenie.. Miałyśmy wspólne zainteresowanie- teatr, dlatego przy mnie nie wstydziła się śpiewać i nie słyszała jak od innych domowników „Emily.. Przycisz tą muzykę!! ” Hhaha. Tak bardzo za nią tęsknie! James; zawsze fajnie jest mieć młodszego braciszka. Zawsze chciałam mieć. Wspólne granie w pokemony, wymyślanie historyjek, rysowanie.. I oc najśmieszniejsze był aniołkiem w porównaniu do pierwszego braciszka, który potrafił tylko wybrzydzać i kopać. Trenuje karate, więc ma fajną pasje. Na swojej ścianie ma wielką mapę świata, ma wbitą pineskę na naszym kraju, co oznacza, że w przyszłości na pewno odwiedzi Polskę ;) Pamiętam wspólne kibicowanie z cała rodzina na jego meczach piłki nożnej- nie zapomniane wspomnienia. Złapałam również bardzo dobry kontakt z rodziną Colleen, jej mama siostrami, kuzynami. Każde rodzinne święto spędzaliśmy z nimi. Wspaniale mnie zaakceptowali i nie czułam się obco! Jedno jest pewne nigdy nie zapomnę kuzynki Hanny. Naprawdę, nigdy nie spotkałam osoby tak optymistycznie nastawionej do życia! Zawsze potrafiła mnie rozśmieszyć i po wielu spotkaniach ja Emily Sammy nie mogłyśmy oddychać ze śmiechu!! Na koniec czerwca- czyli chwila przed moim wyjazdem- pojechała z nami na camping w góry. Była oczywiście fantastycznie. Dzień przed moim wylotem, płakała mi do słuchawki, że bardzo będzie za mną tęsknić. Moje najwspanialsze wspomnienie?! Boże Narodzenie.. A dokładniej poranek. Rano o 7.00 budzi mnie Sammy, że czas otworzyć prezenty. Każdy siedział na kanapie w piżamie, pijąc kawe. To był tak rodzinny czas, jedne z najlepszych świąt mojego życia. A spędzone w obcym kraju! Jak widać wszystko zależy od atmosfery i nastawienia ludzi ;) Ostatniego dnia.. Pojechaliśmy na pożegnalny obiad. Do restauracji „Red Robin” Polecam! Cudowny amerykański wystrój. To był ostatni raz kiedy piłam napój sprite + sok wiśniowy (pychota!!!!) i amerykańskiego cheeseburgera. Nawet od sympatycznego kelnera dostałam lody i balony na koszt firmy! Za każdym razem jak o nich wszystkich myśle robi mi się tak ciepło na sercu.. Rozumieli moje żarty, śmiali się ze mną, próbowali nauczyć polskiego. Nie mogłąm lepiej trafić. Bedąc razem rok bardzo wszyscy się do siebie zbliżyliśmy. Dlatego pożegnania na lotnisku było okropne. I nikt się nei wstydził łez. Ale.. i tak wiem, ze niedługo się zobaczymy. Tak jak Colleen napisała mi na fladze „You will be back.. soon”




















